Manewry

 

W dniach 14-20 września 2017r. za naszą wschodnią granicą odbywały się rosyjsko – białoruskie manewry pod kryptonimem Zapad 17. Wzięło w nich udział 12 700 żołnierzy – 9700 białoruskich i 3000 rosyjskich. Wydarzenie to było przedstawiane praktycznie przez wszystkie nasze media jako zagrożenie dla Polski, rozprawiano o dużym prawdopodobieństwie przekroczenia naszych granic przez wojska rosyjskie (Macierewicz, Szeremietiew). Wersja light przewidywała natomiast pozostanie wojsk Federacji Rosyjskiej na terenie Białorusi.  Liczbę wojsk biorących udział w tych manewrach wyolbrzymiano nawet do 100 tys., a ich ćwiczenia określano jednoznacznie jako ofensywne. Manewry dawno się skończyły i oczywiście nie spełnił się żaden z prognozowanych wariantów, a zagraniczni obserwatorzy nie potwierdzili nawet powodów do obaw. Co ciekawe, na kilka dni przed manewrami Zapad 17 rozpoczęły się manewry Aurora 17 i Rapid Trydent 2017. W tych pierwszych uczestniczyło ponad 20 tys. żołnierzy w większości szwedzkich, ale także z państw NATO z czego ok. 1,5 tys. z USA. Te drugie zaś odbywały się w obwodzie lwowskim, gdzie obok wojsk ukraińskich uczestniczyły wojska NATO w tym kilkuset żołnierzy USA. Z kolei w Polsce, tuż po zakończeniu Zapad 17 odbyły się manewry Dragon 17 w których oprócz żołnierzy polskich i innych armii NATO oczywiście brali udział żołnierze amerykańscy.  Nasuwa się pytanie, na ile jesteśmy obiektywni w ocenie zagrożenia militarnego ze strony Rosji, a na ile biernymi „pochłaniaczami” rusofobicznej paniki, która idzie w parze z realizacją polityki zagranicznej USA? Na obecną sytuację sporo światła rzucają postanowienia Konferencji dwa plus cztery z 1990r. oraz Szczytu NATO w Paryżu z 1997r., które mówiły (między innymi) o nierozprzestrzenianiu zaplecza militarnego NATO na Wschód oraz bezwzględnie zakazywały rozmieszczania tam broni jądrowej. Od tego czasu Rosja musiała przyzwyczaić się do rozszerzenia obszaru NATO o państwa znajdujące się w jej bliskim, bądź bezpośrednim sąsiedztwie oraz do stacjonowania w nich wojsk USA. Kwestia zakazu rozmieszczania broni jądrowej też nie jest jednoznaczna, ponieważ instalowane w Polsce i Rumunii wyrzutnie rakiet antybalistycznych (tzw. tarcze antyrakietowe) równie dobrze mogą służyć do wystrzeliwania rakiet z pociskami jądrowymi. Wystrzelenie takich rakiet np. na Moskwę byłoby o wiele krótsze w czasie (przelot z Polski do Rosji ok. 4 minut) niż z państw „starego” NATO, a tym bardziej z USA. W tym ostatnim przypadku Rosjanie zdążyliby zneutralizować lecące w ich stronę rakiety, zanim te pojawiły by się nad ich terytorium. Skoro mowa o celach militarnych, trudno nie wspomnieć o aneksji Krymu. Czy Rosja mogła sobie pozwolić na obojętność wobec tego strategicznego dla jej bezpieczeństwa półwyspu? A czy „zielone ludziki” wyrządziły komuś krzywdę? Kwestia powrotu Krymu do Rosji oczywiście stanowi odrębny temat, ale gdyby miały pojawić się tam kolejne bazy wojskowe USA, to prawdopodobnie dziś nie odbywały się manewry woskowe, tylko realne działania wojenne. Kij ma zawsze dwa końce.

Mentalność.

Po II wojnie światowej w Europie rozwinął się system demokratyczny, który w miarę upływu czasu zaczął ewoluować w kierunku tzw. demokracji liberalnej. Ta ostatnia rozwinęła się w państwach zachodnich i dziś rozpoznawalna jest po masie imigrantów wyznania islamskiego. Czy demokracja musi być „obarczona” przymiotnikiem? Państwa zachodnie rozwijały się gospodarczo, kiedy pojęcie demokracji liberalnej zaledwie pojawiało się w głowach lewicowych myślicieli. Napływ imigrantów był wtedy kontrolowany i nastawiony na rozwój państwa do którego byli przyjmowani. W państwach Europy Wschodniej panowała wtedy tzw. demokracja ludowa, w tym przypadku również przymiotnik był ważniejszy niż rzeczownik. W tym systemie imigranci nie byli potrzebni do „rozwoju”. Przemiany ustrojowe w 1989r. oznaczały dla państw Europy Wschodniej trudne przechodzenie z demokracji ludowej do demokracji, a w Europie Zachodniej demokracja przechodziła w stan wspomnianej demokracji liberalnej. Ten ostatni system polityczny koncentruje się na interesie mniejszości, czy to narodowych, obyczajowych, czy seksualnych, natomiast zaniedbuje interesy szeroko pojętego społeczeństwa, którego te mniejszości są zaledwie składową. Taki system umacnia postawy roszczeniowe tychże mniejszości, a jednocześnie sprzyja przemianom mentalnym społeczeństwa w kierunku daleko posuniętej tolerancji. Ta tolerancja jest możliwa w społeczeństwach, gdzie na aktualny dobrobyt zapracowały poprzednie pokolenia osób, które dorabiały się pod rządami mniej tolerancyjnych, za to bardziej odpowiedzialnych władz. To różnice mentalne powodują, że zalew islamskich imigrantów w swej masie nie ma szans na asymilację w społeczeństwach wysokorozwiniętych. Prymitywna percepcja pozwala na swobodne funkcjonowanie we własnym społeczeństwie, wśród swoich – podobnie postrzegających świat. Pozostaje natomiast barierą nie do przebrnięcia w kraju o odmiennej kulturze, innym systemie wartości, których osobnik nie rozumie, nie chce zrozumieć, albo wręcz nimi pogardza. Przedstawiciel kultury niższej, bądź jak mówią mniej poprawni politycznie – gorszej, będzie oczekiwał, aby to do niego się dostosowywano. Mentalności nie da się przekupić, co pokazuje przykład jednego z najbogatszych państw świata – Arabii Saudyjskiej, gdzie kobiety dotąd traktowane są jak niewolnice, wyznawców innych religii się prześladuje a wszelkie objawy wolnomyślicielstwa są tępione. Obowiązuje tam kara śmierci (przez ścięcie) za odstąpienie od jedynie słusznej wiary. Dlaczego ten stan rzeczy jest akceptowany? Dlatego, że Saudowie są niewyobrażalnie bogaci i trzeba się z nimi liczyć. To nic, że sami mają mentalność pasterzy, że sami nigdy nie opracowali by metod wydobycia ropy i jej rafinowania (patrz postać polskiego wynalazcy Walerego Łukasiewicza). Materialny dobrobyt Saudyjczyków wynika z zachodnich technologii, a nie ich gorliwej wiary w Koran. Gdzie są organizacje od obrony praw człowieka? Jest ich pełno tam, gdzie nie są potrzebne, czyli właśnie w Europie Zachodniej. Tam gdzie prawa człowieka nie istnieją, nie ma Amnesty International, Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, czy innych tworów. W Polsce od czasu przemian ustrojowych wyrosło nowe pokolenie, które w dużej mierze rozumuje już w kategoriach swoich zachodnich rówieśników. Sprzyja temu oczywiście Internet i sposób bycia, polegający na przesiadywaniu przed komputerem, bądź smartfonem. Powyższy fakt sprawia, że to na średnim pokoleniu spoczywa obowiązek przekazywania młodym norm etycznych – które od zawsze były częścią polskiej kultury, oraz uniwersalnej mądrości, że tolerancja też ma swoje granice.

Polowanie na kaczki

Połowa sierpnia kojarzy się myśliwym z rozpoczęciem sezonu na kaczki. Niestety, w ostatnich latach polowania te należą do rzadkości z uwagi na niski stan wód. Zależność występująca w przyrodzie jest prosta: mało wody – mało kaczek. Wiele zbiorników, które wcześniej wyschły zarosło chaszczami i nawet gdy wypełnią się wodą, nie stanowią już dogodnego miejsca do bytowania ptactwa wodnego. Do podjęcia tego tematu skłonił mnie przeczytany jakiś czas temu artykuł w „Wyborczej”, traktujący o zatruwaniu zbiorników wodnych ołowianymi śrucinami. Oczywiście wypalenie papierosa (nie mówiąc o przejażdżce samochodem) też można traktować, jako zatruwanie środowiska, ale diabeł tkwi w… skali zjawiska. Otóż środowiska tzw. ekologiczne charakteryzuje poważny deficyt wiedzy o przyrodzie i zjawiskach w niej występujących, przejawiają natomiast zdumiewającą kreatywność w tworzeniu różnych tez, z których następnie wyciągają absurdalne wnioski. Często można od nich usłyszeć (przeczytać) o tonach ołowiu, które myśliwi mają emitować do środowiska. Tylko w Polsce myśliwi mają według nich wystrzeliwać od 400 ton do nawet 400 tys. ton rocznie! Jak napisałem na wstępie, do kaczek strzela się u nas bardzo mało, dawno minęły czasy, gdy każde koło łowieckie miało w swoim obwodzie akweny wodne. Strzelanie do innego ptactwa też nie jest powszechne, chociaż bażantów jest wyjątkowo dużo. Warto wspomnieć, że coraz wyraźniej odradza się populacja zająca i kuropatwy. Myśliwych jest w Polsce ponad 100 tysięcy (niewielu jak na standardy europejskie), a większość z nich to emeryci, z których część traktuje polowania bardziej jako powód do spotkań towarzyskich niż do aktywnego uczestnictwa. Przeciętny myśliwy wystrzeliwuje 10 nabojów kulowych i ze 20 śrutowych rocznie. Średnia masa pocisku kulowego to 10 gr., a ładunku śrutowego to 32 gr. A więc 10×10 gr. +  20×32 gr. to 0,74 kg. Jeśli pomnożymy to przez 100 tys., to daje nam wynik 7,4 tony przez okres 1 roku na obszarze całego kraju. Jak to się ma do minimalnego „ekologicznego” wyliczenia, które wynosi 400 ton? Oczywiście fabryki amunicji byłyby w stanie wyprodukować ilość nabojów myśliwskich o której wspominają „ekolodzy”, ale komu takie ilości byłyby potrzebne i wreszcie, kto miałby za to płacić (koszt naboju kulowego to ok. 10 zł, a śrutowego ok. 2 zł.). niezależnie od amunicji myśliwskiej produkowana jest amunicja sportowa, do treningu, naważka śrutu wynosi wtedy 24 gr., a pociski kulowe są w pełnym płaszczu (tak jak wojskowe). Ołów ze strzelnic w dużej mierze jest odzyskiwany. Czy ktoś pamięta „Zwierzyniec”  z nieodżałowanym miłośnikiem przyrody, wybitnym znawcą zwierząt i oczywiście myśliwym Piotrem Sumińskim? Otóż w tamtych czasach polowania na zwierzynę drobną były niezwykle popularne, szczególnie na kaczki i zające, te ostatnie często można było zobaczyć w okresie przedświątecznym, wiszące na wielkomiejskich balkonach. Wtedy to nikogo nie gorszyło, przyroda nie cierpiała, „ekologów” nie było, a o wegetarianach nikt nie słyszał (może byli gdzieś w Ameryce). Na koniec jeszcze raz wrócę do „Wyborczej”, w której kiedyś przeczytałem, że wśród wjeżdżających do lasu dwa razy więcej jest uprawiających seks niż polujących – i z tym byłbym w stanie się zgodzić.

Słomkowa maciejówka

Postać Adama Słomki – dawnego działacza KPN Leszka Moczulskiego – nie jest niczym nowym. Jednak na przestrzeni ostatnich lat człowiek ten upodobał sobie sądy, jako pole swojej aktywności. Już w 2012r. Sąd Okręgowy w Warszawie ukarał go za naruszanie powagi i zakłócanie czynności sądowych podczas rozprawy dot. inicjatorów stanu wojennego. 10 kwietnia 2017r. Sąd Rejonowy w Katowicach skazał go za brak zachowania powagi i niestosowanie się do poleceń sądu. Chodziło o demonstracyjne uczestniczenie w czapce „maciejówce” na głowie, a powodem rozprawy było wykroczenie drogowe, którego właściciel maciejówki się przedtem dopuścił. Sprawa ta stała się głośna min. dzięki jego sympatykom, którzy decyzję o ukaraniu Słomki wiązali z 7 rocznicą tragedii smoleńskiej i… 77 rocznicą Zbrodni Katyńskiej! Jednak o tym, że towarzysze Słomki mogą być niebezpieczni, przekonaliśmy się 31 maja 2017. Tego dnia w Sądzie Najwyższym miało odbyć się rozpatrzenie legalności decyzji prezydenta A.Dudy w sprawie ułaskawienia skazanego nieprawomocnie Mariusza Kamińskiego. Przebieg rozprawy został jednak zakłócony przez (a jakże) człowieka w maciejówce i jego towarzyszy. To właśnie jeden z nich usiłował wyrwać policjantowi broń z kabury, gdy ci próbowali uspokoić sytuację. Zamierzenie napastnika nie powiodło się,  ale gdyby się udało? I tym razem komentarze zdarzenia były różne, lewicowe stacje i portale wskazywały na przyzwolenie obecnych władz na takie awantury, które maja przysłużyć się dyskredytacji środowiska sędziowskiego. Media sprzyjające PiSowi przedstawiały zdarzenie zdawkowo, dystansując się od jego komentowania. To prawda, że środowisko sędziowskie jest obecnie na celowniku rządzących, którzy zapewne mają wobec niego swoje plany, ale jaką rolę odgrywa w tym wszystkim nasz „bohater”? Czy jest politycznym outsiderem, czy robi za przysłowiowego pożytecznego idiotę? Odpowiedź zdaje się być prosta, skłonność Słomki do sądowych awantur może być wołaniem o pomoc człowieka, który chce być zauważony, może nawet oczekuje splendoru za swoje poświęcenie. Kiedyś był nawet posłem, a teraz? No właśnie, teraz usiłuje kreować się na sumienie narodu w czapce a’la Piłsudski. Tylko że wbrew jego oczekiwaniom nigdy nie będzie postrzegany jak jego idol z którym łączyć go może jedynie wspomniana czapka. Pozostanie niedojrzałym chłopcem z mlecznym wąsikiem, któremu wydaje się że krzykiem i hałasem coś osiągnie.

Charakter.

W dniu 19.05.2017 miało dojść do rozprawy sądowej Cygana znanego (nie tylko w środowisku przestępczym) jako „Hoss”. Do rozprawy nie doszło, ponieważ Hoss oświadczył, że się źle czuje. Skutkiem tego jest odroczenie rozprawy do końca czerwca br. Gwoli przypomnienia, Hoss został pierwszy raz zatrzymany 6 lutego 2017, po 1,5 rocznych poszukiwaniach, za kierowanie procederem wymuszeń „na wnuczka”, który sam wymyślił i wprowadził w życie. Procederem tym kierował razem ze swoimi krewnymi nie tylko na terenie Polski, ale także Niemiec, Austrii, Szwajcarii i Luksemburga. Zyski które osiągał „Hoss” liczone są w milionach, a za czyny te grozi mu 10 lat więzienia. Sąd zwolnił go za kaucją (300 tys.zł) i zarządził wobec niego dozór policyjny, na który Hoss szybko przestał się stawiać i ponownie zaczął się ukrywać. Za niewspółmiernie lżejsze czyny sądy orzekają areszt, a tu zwolniony jest człowiek, który obciążony jest nie tylko dramatem swoich ofiar, ale także ich rodzin. Ofiarami były osoby w podeszłym wieku, były naiwne, ale kierowały się odruchem dobroci serca. Dla niektórych pokrzywdzonych trauma związana z tymi przeżyciami zakończyła się przyspieszonym zgonem. Gdyby szajka „Hossa” żerowała na osobach nastawionych na szybkie i łatwe wzbogacenie się, można by go traktować w bardziej pobłażliwy sposób, ale konsekwencje jego działalności są trudne do oszacowania a wielu przypadkach także trudne do udowodnienia. W połowie marca br. Hoss został ponownie zatrzymany (pomimo zmiany wyglądu, min. ogolił się na łyso) i tu wydawało się, że dalsze postępowanie wobec niego przebiegnie bez zakłóceń. Niestety zakłócenie takie się pojawiło w postaci złego samopoczucia Hossa. Zastanawiam się, czy sędzina musiała pójść na takie ustępstwo – i tu zapewne ktoś powie, że musiała tak postąpić, że naprawdę mogło mu coś dolegać, że procedury itd. A gdzie się podział rozsądek i odpowiedzialność, ale taka zwykła, ludzka? Sędzina mogła uznać, że Cygan symuluje, potwierdzić to poprzez wezwanie pogotowia i zwyczajnie poprowadzić proces. Przypomina mi się sytuacja sprzed kilku lat, gdy dyrektor jakiegoś szpitala otrzymał wiadomość o podłożeniu bomby w jego szpitalu. Czy zarządził ewakuację szpitala? Nie! Człowiek ten uznał (i słusznie) że to kolejny żart jakiegoś głupka, a ewakuacja pociągnie za sobą niepotrzebne zamieszanie, koszty, a nawet zdrowie bądź życie któregoś z pacjentów – szczególnie narażeni byli podopieczni z oddziału intensywnej terapii. Dwie sytuacje, których podłożem jest symulacja, w pierwszym przypadku cwaniaka, w drugim głupka i dwie różne reakcje osób odpowiedzialnych za reakcję na te symulacje. Oczywiście możemy sobie wyobrazić sytuację, w której dyrektor szpitala ulega „ostrzeżeniu” głupka i ewakuuje szpital oraz kiedy sędzia nie ulega symulacji cwaniaka i kontynuuje przewód sądowy. Tak, czy owak, w przedstawionych przeze mnie 2 sytuacjach mamy 4 bohaterów – dyrektor szpitala, głupek żartowniś, Cygan cwaniak i sędzina, którą można porównać do… No właśnie, do której z trzech pozostałych postaci można ją porównać?

gen. Świerczewski

Postać gen.broni Karola Świerczewskiego ps. Walter większości kojarzyć się będzie z 50-złotowym, banknotem z poprzedniego ustroju. Wiadomo, że zginął w Bieszczadach po II w.św. oraz że brał udział w hiszpańskiej wojnie domowej. Naturalnym wydaje się pytanie – co ów człowiek robił w czasie II w.św. i przed nią, skoro dosłużył się generalskich wężyków z trzema gwiazdkami. Otóż K.Świerczewski był Warszawiakiem, urodzonym w 1897r. w rodzinie robotniczej i miał 6-ro rodzeństwa. Po skończeniu 2 klas szkoły powszechnej zaczął uczyć się tokarstwa, a jako 15-latek (1912r.) był już pomocnikiem tokarza w warszawskich zakładach „Gerlach”. Uczęszczał jednocześnie do szkoły wieczorowej, w której uczył się do 1915r. W sierpniu tegoż roku (wojna światowa była już rozwinięta) został ewakuowany do carskiej Rosji, gdzie pracował jako tokarz w tamtejszym przemyśle metalowym. W 1916r. został powołany do odbycia służby w armii carskiej, a w 1917 – po rewolucji październikowej, dołączył do bolszewików. Od 1918r. brał udział w walkach p-ko oddziałom „Białych”, wtedy też wstąpił do partii komunistycznej. W listopadzie 1918r., kiedy Polska świętowała odzyskanie niepodległości, Świerczewski był już komisarzem politycznym i brał udział w tłumieniu antybolszewickiego powstania na Ukrainie. Uczestniczył też w walkach p-ko oddziałom gen.Denikina, za co został mianowany dowódcą batalionu (dotąd był d-cą kompanii). Podczas wojny polsko – bolszewickiej walczył p-ko polskim oddziałom i był dwukrotnie ranny. Fakt ten miał istotne znaczenie dla jego dalszej kariery i już w 1921r. został skierowany do wyższych szkół wojskowych, które ukończył w 1927r. W 1928r. został oficerem radzieckiego wywiadu wojskowego, a w 1929 był już szefem jednego z  zarządów Sztabu Generalnego Armii Czerwonej. Po dwóch latach funkcji tej już nie pełnił, gdyż został komendantem wojskowej szkoły politycznej. W latach 1936-38, kiedy Stalin rękami Jeżowa przeprowadzał czystki w armii, Świerczewski przebywał w Hiszpanii, biorąc udział w tamtejszej wojnie domowej p-ko gen.Franko. To tam przyjął pseudonim Walter i co ciekawe, zaprzyjaźnił się z E.Hemingwaem, który uwiecznił go w swojej książce „Komu bije dzwon” pod postacią gen.Golza. Po powrocie w 1938 do Moskwy, został odznaczony najwyższymi orderami ZSRR. W 1940 otrzymał nagrodę stalinowską, za swoją pracę „Operacja saragoska” opisującą doświadczenia z wojny w Hiszpanii. W tym też roku otrzymał nominację na gen.brygady Armii Czerwonej i został wykładowcą w Akademii Wojskowej, a następnie komendantem kursu grup specjalnych. Tą ostatnią funkcję pełnił do napaści Niemców na ZSRR (wojna ojczyźniana 22.VI.1941r.). Już sam początek wojny ojczyźnianej zweryfikował „zdolności” dowódcze gen.Świerczewskiego. Dowodzona przez niego dywizja nie osiągnęła wytyczonego celu, została natomiast doszczętnie zniszczona, z 10 tys. podległych mu żołnierzy przeżyło… 5! Jego rozkazy były nieracjonalne, gdyż wydawał je w stanie upojenia alkoholowego, to że nie został pociągnięty do odpowiedzialności przed sądem wojennym mógł zawdzięczać wyłącznie sympatii samego Stalina. Na skutek ewidentnych błędów, Świerczewski został przesunięty na tyły, do oddziałów rezerwowych, a następnie został komendantem jednej ze szkół oficerskich. W połowie sierpnia 1943r. z polecenia Stalina został skierowany do obozu w Sielcach nad Oką, jako zastępca d-cy 1 Korpusu Polskich Sił Zbrojnych w ZSRR. W marcu 1944 był już gen.dywizji Armii Polskiej i pełnił funkcję z-cy d-cy tej armii – gen.Berlinga. Relacje między tymi generałami były złe, często dochodziło do konfliktów wynikających z alkoholizmu Świerczewskiego i faktu, że nie liczył się z życiem podległych mu żołnierzy. W sierpniu i wrześniu 1944 Świerczewski był odpowiedzialny za organizację 2 i 3 Armii WP. W grudniu 1944, kiedy nasze wojska wchodzące w skład frontu ukraińskiego coraz bardziej parły na Zachód, Świerczewski został dowódcą 2 Armii WP.  Operacja Łużycka rozpoczęła się w połowie kwietnia 1945r. i odegrała istotną rolę w ostatecznym osiągnięciu celu, jakim było zdobycie Berlina i zakończenie wojny. Stroną nacierającą był 1 Front Ukraiński dowodzony przez marsz.I.Koniewa, w skład którego wchodziła min. 2 Armia WP (89 tys. żołnierzy). Jedną z części tej operacji była bitwa pod Budziszynem (Bautzen – 50 km od naszej dzisiejszej granicy) w której brały udział 2 Armia WP z 52 Armią Radziecką i częściowo z 5 Armią Gwardii. Bitwa ta, „dzięki” Świerczewskiemu okazała się ostatnią udaną ofensywą wojsk niemieckich i sromotną klęską wojsk polskich. Bilans strat w ludziach po bitwie wyniósł 27% wszystkich strat poniesionych przez Wojsko Polskie na froncie wschodnim od 1943 do 1945r.! Jeszcze przed bitwą marsz.Koniew – świadomy niekompetencji Świerczewskiego powierzył mu osłonę lewego (południowego) skrzydła frontu, przekazał mu tez dokładne wytyczne, których przestrzeganie pozwalało na skuteczne odparcie Niemców. Nie było to zadanie wygórowane, gdyż Koniew wiedział, że Świerczewski ma zostać polskim bohaterem narodowym i zasłużonym dowódcą. Jednak Świerczewski zlekceważył wszystkie rozkazy i wytyczne, już drugiego dnia operacji samowolnie podjął decyzję o osobistym zdobyciu Drezna. Świerczewski dysponował poważnymi siłami (min. 500 czołgów), ale brakowało mu dostatecznego rozpoznania. Ponadto wojska polskie składały się z żołnierzy niedawno powołanych do służby i choć ich wyposażenie było bardzo dobre, to brakowało im doświadczenia bojowego. Siły niemieckie, choć mniej liczne – ok. 50 tys. żołnierzy i 300 czołgów, składały się z resztek elitarnych jednostek SS (przeważnie pancernych, ale też spadochronowych). Początkowo inicjatywa Świerczewskiego przebiegała pomyślnie, jego wojska przełamały pierwsze linie obrony. Świerczewski lekceważył sygnały płynące od 52 armii (walczyła na styku z oddziałami polskimi) o skuteczności niemieckich kontrataków. Wojska Świerczewskiego nacierając na Drezno zostały rozpostarte na przestrzeni ok. 50 km, dzieląc się na 3 odrębne zgrupowania. Niebawem Niemcy otoczyli główne siły WP (w przeciwieństwie do Polaków mieli doskonałe rozpoznanie) i dokonały ich rozbicia. Sztab II Armii WP stracił kontrolę nad sytuacją, popełniał błąd za błędem, rozkazy często były sprzeczne ze sobą. Piechota nie miała wsparcia czołgów, gdyż Niemcy niszczyli je masowo, natomiast artyleria nie miała osłony piechoty. Od ostatecznego rozbicia naszej II Armii uratował marsz.Koniew, który przyszedł z odsieczą i osobiście objął nad nią dowództwo, uporządkował fatalne rozmieszczenie polskich oddziałów i uzupełnił siłami odwodowymi. Cała operacja łużycka trwała 2 tygodnie, tydzień później nastąpiła kapitulacja Niemiec, a 5 dni przed nią (3 maja 1945) Świerczewski został mianowany generałem broni WP. Po wojnie Świerczewski był kolejno – generalnym inspektorem osadnictwa wojskowego, dowódcą okręgu wojskowego i wiceministrem obrony narodowej. Jego działalność powojenna cechowała się realizacją wskazówek Stalina, co powodowało, że był on – jak to się dziś mówi – niepopularny nie tylko w środowiskach opozycyjnych, ale także w ówczesnych władzach państwowych i partyjnych. Zginął 28 marca 1947 roku podczas przeprowadzania inspekcji bieszczadzkich garnizonów w m.Jabłonki (rejon Cisnej). Do zdarzenia miało dojść w ten sposób, że miał on spontanicznie (pomimo odradzania mu tego) zmienić plan i udać się na kontrolę jeszcze jednego posterunku. W drodze do niego kolumna miała wpaść w zasadzkę jednego z oddziałów UPA. Okoliczności śmierci Świerczewskiego dotąd nie zostały ostatecznie rozstrzygnięte. Oficjalna komisja śledcza stwierdziła, że zginął od 2 kul, tymczasem w zachowanym mundurze generała widoczne są 3 przestrzeliny, a w jego części plecowej uszkodzenie wskazujące na przekłucie bagnetem. Dziwić też może mała liczba zabitych ofiar konwoju – generał, jego adiutant i kierowca. Istnieje teza, że zasadzka była mistyfikacją, gdyż Świerczewski nie był „na rękę” ówczesnym władzom partyjnym, a przy okazji jego śmierć mogła stać się pretekstem do przeprowadzenia akcji „Wisła”. Jak potoczyłyby się losy warszawskiego tokarza gdyby nie wybuch wojny i przemiany ustrojowe? To pytanie można by odnieść do wielu osób z tamtego okresu, ale to właśnie on widniał na tym charakterystycznym, zielonym banknocie. Co ciekawe dla nas Łodzian, ostatnim miejscem zamieszkania gen.Świerczewskiego była Łódź przy ul.Kilińskiego 82 – to charakterystyczna kamienica naprzeciwko poczty głównej przy skrzyżowaniu z ul.Tuwima.

Wyklęci

Moda na Żołnierzy Wyklętych zapanowała niedawno, jeszcze w latach 90-ych nikt się nimi nie interesował, wtedy trwała moda na żołnierzy Andersa. Dopiero w 2010r. temat został zainicjowany przez ówczesnego prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Zawsze zastanawiał mnie brak pochlebnych opinii o „wyklętych” wśród mieszkańców wsi i miasteczek znajdujących się w strefie ich działalności. Z przekazów Łodzian, posiadających rodziny na tamtych terenach (przeważnie Kielecczyzna i dalej na Wschód) wyłania się obraz strachu i niechęci wobec „leśnych”, gdyż tak wtedy określano ugrupowania zbrojne, których celem była walka z nową władzą. Okres tuż po 45 roku, był czasem wytchnienia po 6-letniej, wyniszczającej wojnie, która na naszym kraju odcisnęła szczególne piętno. Oczekiwania społeczne nie były wtedy wygórowane i zmierzały do jednego – zachowania spokoju. Nie wszystkim jednak ten spokój był dany, mieszkańcy wiosek, choć sami żyli w ubóstwie, musieli dzielić się swoim dobytkiem z leśnymi, potrzebującymi jedzenia. Kto miałby odwagę odmówić wydania inwentarza uzbrojonej grupie, która przecież udzielała ochrony przed nową władzą? Grupy zbrojne, aktywne po 45 roku, zazwyczaj przedstawiały się jako legalne oddziały Armii Krajowej (i tak zostały przez lokalne społeczności zapamiętane), mało kto wtedy wiedział, że AK została rozwiązana w połowie stycznia 45 roku, a kilka miesięcy później polski Rząd Londyński przestał być uznawany przez społeczność międzynarodową. Na naszą sytuację polityczną nie mieliśmy wpływu – granice wschodnie zostały uzgodnione już w 1943 w Teheranie, a zachodnie w 1945 w Poczdamie, na ustrój polityczny też nie mieliśmy wpływu gdyż… znajdowaliśmy się w radzieckiej strefie wpływu. Będę niepopularny, ale uważam, że działalność wyklętych nie miała sensu, no bo jaki? Ludzie się ich bali, władza tępiła, korzyści realnych brak, a na tych ewentualnych zbudowano mit. Póki co entuzjazm trwa, to nic, że nie podzielają go mieszkańcy obszarów „aktywności” wyklętych. Wystarczy, że rząd temu sprzyja i zapewnia skuteczną propagandę. No właśnie, w niedzielę 26 lutego zorganizowany został ogólnopolski bieg „wilczym tropem”, ku czci żołnierzy wyklętych. Na TVP Info wielokrotnie przedstawiano entuzjastyczną wypowiedź jednego z uczestników tego biegu, który odbywał się na terenie woj. zachodniopomorskiego – ciekawe, czy zdawał sobie sprawę z tego, że na tamtych terenach żołnierze wyklęci mówili po niemiecku? Swoje stanowisko w przedmiotowej sprawie uważam za powściągliwe, chociaż przez dogmatyków może być uznane za obrazoburcze. Za 10 lat (albo wcześniej) po modzie na wyklętych pozostanie wspomnienie, a może wtedy powinienem napisać ten tekst?

Sądownictwo

Początek lutego dostarczył nam wielu wrażeń, składających się na obraz polskiego sądownictwa. I tak 1 lutego na terenie W.Brytanii został zatrzymany poszukiwany listem gończym 69-letni Lucjan Dorobek z Grudziądza. Mężczyzna ten dopuszczał się gwałtów na nieletnich dziewczętach, które zwabiał do swojego mieszkania pod pretekstem posprzątania za pieniądze. Udowodniono mu gwałty na 4 pokrzywdzonych, za co sąd skazał go na 10 lat więzienia. Wyrokiem tegoż sądu, skazany miał się sam stawić do Zakładu Karnego, ale tego nie uczynił, dlatego sąd wystawił za nim list gończy. 2 luty, warszawski sąd przyznał 264 tys.zł. Ryszardowi Boguckiemu, tytułem zadośćuczynienia za niesłuszny areszt związany podejrzeniem go o związek z zabójstwem gen.Papały. Rzecz w tym, że Bogucki odbywał w tym czasie wyrok za zabójstwo innej osoby, za co został skazany na 25 lat. 6 lutego, w Warszawie zatrzymany zostaje poszukiwany od 1,5 roku Cygan o pseudonimie Hoss, który wymyślił metodę wymuszeń „na wnuczka”. Procederem tym kierował razem ze swoimi krewnymi nie tylko na terenie Polski, ale także Niemiec, Austrii, Szwajcarii i Luksemburga. Zyski które osiągał „Hoss” liczone są w milionach, a za czyny te grozi mu 10 lat więzienia. Sąd zwolnił go za kaucją (300 tys.zł) i zarządził wobec niego dozór policyjny. Za niewspółmiernie lżejsze czyny sądy orzekają areszt, a tu zwolniony jest człowiek, który obciążony jest nie tylko dramatem swoich ofiar, ale także ich rodzin. Ofiarami były osoby w podeszłym wieku, były naiwne, ale kierowały się odruchem dobroci serca. Dla niektórych pokrzywdzonych trauma związana z tymi przeżyciami zakończyła się przyspieszonym zgonem. Gdyby szajka „Hossa” żerowała na osobach nastawionych na szybkie i łatwe wzbogacenie się, można by go traktować w bardziej pobłażliwy sposób, ale konsekwencje jego działalności są trudne do oszacowania a wielu przypadkach także trudne do udowodnienia. 9 lutego Sąd w Ostrowie Wlkp. skazał na pobyt w poprawczaku, ale w zawieszeniu na 2,5 roku nieletniego, który rok wcześniej – mając niespełna 16 lat (i budowę osiłka) zaczepił na parkingu spokojnego 24 latka. Do zdarzenia doszło w ten sposób, że osiłek przechodząc obok 24 latka celowo go potrącił, a kiedy przyszła ofiara się do niego odwróciła, osiłek powrócił i uderzył go z całej siły w twarz. Zanim pokrzywdzony upadł, usiłował go jeszcze uderzyć jeden z dwóch kompanów sprawcy, którzy akurat doszli. Całe zdarzenie zostało utrwalone przez kamerę monitoringu. Na skutek upadku i uderzenia głową o betonowe podłoże 24 latek po kilku dniach zmarł w szpitalu. Sprawca, który swoim świadomym i agresywnym działaniem przyczynił się do jego śmierci pozostał na wolności. Decyzją sądów zbyt łatwo i zbyt często przyznawane są wygórowane odszkodowania i zadośćuczynienia, w dochodzeniu których wyspecjalizowały się liczne firmy prawnicze. Sytuacja ta może wprawić w zdumienie przysłowiowego Kowalskiego, któremu od bieżącego roku przyjdzie płacić o wiele więcej za ubezpieczenie swojego samochodu. Sądy kojarzone są przede wszystkim z opieszałością, która wynika nie tyle z ilości spraw, co z wszechobecnej w tej instytucji biurokracji. Ta biurokracja, choć niekorzystna dla społeczeństwa, jest przyjazna dla całego aparatu sądowniczego gdyż generuje dużą liczbę miejsc pracy. Sądy, to przede wszystkim personel logistyczny i zaplecze administracyjne, ale są też sędziowie – jest ich 10 tysięcy, co oznacza, że na 10 policjantów przypada 1 sędzia. W Komendach Policji na 10 pracowników 9 to policjanci, w Sądach Rejonowych na 10 pracowników 1 to sędzia, w zależności od jednostki organizacyjnej dysproporcje te mogą być jeszcze większe. 8 lutego w Dziennik.pl pojawił się artykuł o tym, że sędziowie SN nie chcą ujawnić wyciągów ze swoich służbowych kart płatniczych. To sędziowie mają takie karty? Zmiany w sądownictwie są konieczne i tu rodzi się pytanie, czy obecny rząd jest w stanie je przeprowadzić? Oczywiście, że jest! Jest władny w takim samym stopniu w jakim władne były poprzednie ekipy, które problemu nie dostrzegały. Zasadnicze pytanie brzmi jednak, czy obecny rząd jest w stanie przeprowadzić je rzetelnie? 10 lutego w Programie I PR gość „Sygnałów dnia” prezes J. Kaczyński określił polskie sądownictwo jako jeden gigantyczny skandal – co uzasadnił przekonującymi przykładami. Niestety, wśród tych przykładów jeden mógł wzbudzać zaniepokojenie, otóż potępił karę dla człowieka, który wyraził swoje niezadowolenie z wyroku sądu rzucając sędzi w twarz tortem. Pobłażliwość wobec takich chuligańskich zachowań prowadzi do podważenia autorytetu sędziów, a tą drogą nie da się zreformować sądów.

Protestantyzm

W tym roku minie 500 lat od zapoczątkowania rozłamu w Kościele. Jego inicjatorem był augustiański mnich (choć posiadający tytuł profesora) Marcin Luter, który jako pierwszy przeciwstawił się usankcjonowanej przez papieży sprzedaży odpustów. Idea zakładająca odpuszczenie kary za popełnione grzechy nie polegała na pokucie, czy zadośćuczynieniu, ale na opłacie pieniężnej, której wysokość była uzależniona od ciężaru przewinień. Był to system ewidentnie faworyzujący osoby bogate, grzesznym biedakom pozostawał czyściec bądź piekło. Ubogi grzesznik miał wtedy małe szanse na dostąpienie Raju – chyba, że był osoba duchowną, bądź wszedł w „jakiś” sposób w posiadanie pieniędzy, które pozwalały mu się później wykupić. Oczywiście wykupujący odpust musiał wyrazić żal za popełnione grzechy. Z dzisiejszej perspektywy absurdalność tej sytuacji wydaje się oczywista, nie tylko dla zwykłych śmiertelników, ale i dla samych duchownych. W tamtych czasach horyzonty myślowe były nieco inne, kwestionowanie decyzji kościelnych było równoznaczne z przeciwstawianiem się samemu Bogu. Wszyscy się z tym godzili i chociaż zdarzały się osoby o odmiennych poglądach, to ujawnianie ich groziło skazaniem na okrutną śmierć. Jedyną wykształconą warstwą społeczna był wówczas kler, arystokracja na szerszą skalę dopiero później zaczęła przykładać wagę do edukacji. Kler miał monopol na pisanie ksiąg i przekazywanie jedynie słusznych wartości, co uwiarygadniało bożą wolę w pobieraniu pieniędzy za odpusty. Oczywiście byli światli ludzie, potrafiący obiektywnie ocenić to zjawisko, ale nazwanie rzeczy po imieniu było zbyt ryzykowne, już 100 lat wcześniej został spalony na stosie Jan Hus, czeski teolog i bohater narodowy. To Marcin Luter w X.1517r. przybił na drzwiach kościoła w Wittenberdze 95 tez (twierdzeń), oczekując publicznej debaty na ich temat. Taki był początek „burzy”, którą później nazwano reformacją. Czy Luter się tego spodziewał? Skala reakcji zapewne przerosła jego wyobrażenia, ale jedno wydaje się być pewne – jego intencje były szczere i zmierzały do naprawy upadłego moralnie Kościoła. W tym czasie inny Niemiec, Gutenberg, wynalazł druk, co spowodowało, że mała manufaktura była w stanie w krótkim czasie wyprodukować więcej ksiąg, niż całe zastępy skrybów przepisujących ręcznie. Protest Lutra docierał do coraz szerszych kręgów potrafiących czytać, którzy coraz liczniej przekonywali się do jego racji. Niemieckie rolnictwo też przeżywało wówczas kryzys (niskie ceny płodów), dlatego chłopi i uboższa szlachta zaczęli występować przeciwko zamożnemu klerowi i bogatszym ziemianom, którym musieli odprowadzać podatki. Książęta i elektorzy zaczęli przyjmować argumenty Lutra i umożliwiali powoływanie na swoich obszarach rad, złożonych z teologów i lokalnych radnych, których zadaniem była dbałość o jednolitość liturgii oraz nadzór nad działalnością kleru. Tak Luteranizm (protestantyzm) stawał się religią narodową Niemiec. 4 dziesięciolecia (licząc od 1517r.) wystarczyły na podzielenie Europy na 2 obozy – protestancki i kokatolicki. Ponieważ Kościół nie chciał tracić swoich wpływów na rzecz środowisk reformatorskich, coraz częściej zaczęło dochodzić do wojen na tle religijnym. Kościół wspierany był przez inkwizycję, która stała się podporą kontrreformacji. Kontrreformacja była wyraźna także na ziemiach polskich, a to za sprawą Jezuitów, którzy mieli tu szczególne wpływy. W Polsce proces ten zaczął się nieco później i trwał dość długo, pociągając za sobą nietolerancję i prześladowania wielu wartościowych obywateli innych wyznań, co było jedną z przyczyn upadku Rzeczypospolitej. Istnieje teoria, mówiąca, że wyznania wyrosłe z protestantyzmu (powszechne w Europie Zachodniej) były poważnym przyczynkiem do dynamicznego rozwoju tamtych obszarów. Ta sama teoria mówi, że katolicyzm, to marazm i brak postępu, a jeszcze bardziej na Wschód (prawosławie) jest już tylko zacofanie. Jak by na to nie patrzeć, echo tamtych wydarzeń jest nadal odczuwalne i czy nie jest paradoksem, że to społeczeństwa zachodnie, które przyjęły bardziej racjonalną wersję chrześcijaństwa dziś od niej odeszły, a tam, gdzie ugruntowały się wyznania bardziej anachroniczne, utrzymują się nadal?

Podsumowanie

O minionym 2016r. można z czystym sumieniem powiedzieć, że był interesujący. Do najciekawszych wydarzeń międzynarodowych zaliczyć można przede wszystkim Brexit, tzn. wystąpienie Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej oraz wybór budzącego kontrowersje kandydata Republikanów na Prezydenta USA. To o D.Trumpie i Theresie May (premier Wielkiej Brytanii) będziemy słuchać informacji w 2017r. To od ich decyzji w dużej mierze zależała będzie sytuacja w świecie (Trump) i Europie (May). 2017r. to także wybory prezydenckie we Francji, możliwe że wygra je kandydatka prawicy Marine Le Pen – po Brexicie i Trumpie jest to możliwe. Wszystko wskazuje na to, że okres ostatnich 2-3 liberalnych dekad odchodzi w zapomnienie, a nadchodzi nowe, bardziej radykalne. Coraz więcej ludzi wyraża poglądy prawicowe, które jeszcze 10-15 lat temu uchodziły za „obciach”. Naturalnie nie brakuje osób o poglądach (jak sami mówią) liberalnych, gdyż mało kto określa już swoje poglądy jako lewicowe. Następuje coraz wyraźniejszy dualizm, partie umiarkowane stają się anachronizmem. 2016r. w kraju upłynął w atmosferze nieustających utarczek miedzy PiS a PO z Nowoczesną, czego kulminacją jest obecna „okupacja” sali plenarnej Sejmu. Rozwiązanie tego impasu nie jest proste, ale może na początek opozycja umożliwiłaby prowadzenie obrad we właściwej sali, bo ich aktualne zachowanie nie jest poważne. Gwoli ścisłości (i zachowania obiektywizmu) dodać należy, że do przedmiotowej sytuacji nie musiało dojść. Marszałek M.Kuchciński (PiS) nie musiał wykluczać z udziału w obradach posła M.Szczerby (PO) za to, że ten podczas przemówienia wyeksponował kartkę z napisem „wolne media”. Sejm wielokrotnie i to podczas wszystkich kadencji był świadkiem nie takich „wykroczeń” i obchodziło się bez wymierzania kar. Czy uchwalenie budżetu na 2017r. w Sali Kolumnowej Sejmu jest ważne? Dla obiektywnego obserwatora to bez znaczenia, gdyż ewentualna powtórka głosowania dałaby ten sam wynik. Przechodząc na grunt lokalny, to latem dało się zauważyć wydarzenie o wymiarze państwowym a nawet międzynarodowym. Światowe Dni Młodzieży spowodowały przyjazd do Polski setek tysięcy obcokrajowców ze wszystkich kontynentów. Także Łódź pozostała w bardzo życzliwej pamięci pielgrzymów, którzy spotkali się tu z serdecznym przyjęciem mieszkańców miasta. W połowie grudnia, wreszcie został oddany do użytku Dworzec Łódź Fabryczna. Pomimo 2 letniego opóźnienia i 60 mln zł. dodatkowych kosztów, efekt jest co najmniej zadowalający. Natomiast 2017r. to także wielka szansa dla Łodzi na polu handlu z Chinami, czemu sprzyja wyjątkowe usytuowanie naszego miasta.        Na Boże Narodzenie w rejonie Morza Czarnego doszło do katastrofy lotniczej w której śmierć ponieśli artyści z Chóru Aleksandrowa, którzy kilkakrotnie gościli także w Łodzi. Pomimo świątecznego okresu wielu internautów komentowało to wydarzenie z wyraźnym zadowoleniem „no bo to przecież Ruscy”, bo „siali propagandę”. Na szczęście dominowało współczucie a czasem wspomnienia śpiewanych przez nich „Sokołów”, czy „Czerwonych maków pod Monte Cassino”. Mało kto zna stwierdzenie „Ta muzyka, piosenki i tańce otworzyły przed nami rosyjską duszę i szlachetny charakter narodu rosyjskiego”, wypowiedział je Jan Paweł II po koncercie Chóru Aleksandrowa w Watykanie.  2017 rok pod jednym względem nie będzie różnił się od poprzednich – mądrość nadal zmagać się będzie z głupotą, wrażliwość z bezdusznością…