Słomkowa maciejówka

Postać Adama Słomki – dawnego działacza KPN Leszka Moczulskiego – nie jest niczym nowym. Jednak na przestrzeni ostatnich lat człowiek ten upodobał sobie sądy, jako pole swojej aktywności. Już w 2012r. Sąd Okręgowy w Warszawie ukarał go za naruszanie powagi i zakłócanie czynności sądowych podczas rozprawy dot. inicjatorów stanu wojennego. 10 kwietnia 2017r. Sąd Rejonowy w Katowicach skazał go za brak zachowania powagi i niestosowanie się do poleceń sądu. Chodziło o demonstracyjne uczestniczenie w czapce „maciejówce” na głowie, a powodem rozprawy było wykroczenie drogowe, którego właściciel maciejówki się przedtem dopuścił. Sprawa ta stała się głośna min. dzięki jego sympatykom, którzy decyzję o ukaraniu Słomki wiązali z 7 rocznicą tragedii smoleńskiej i… 77 rocznicą Zbrodni Katyńskiej! Jednak o tym, że towarzysze Słomki mogą być niebezpieczni, przekonaliśmy się 31 maja 2017. Tego dnia w Sądzie Najwyższym miało odbyć się rozpatrzenie legalności decyzji prezydenta A.Dudy w sprawie ułaskawienia skazanego nieprawomocnie Mariusza Kamińskiego. Przebieg rozprawy został jednak zakłócony przez (a jakże) człowieka w maciejówce i jego towarzyszy. To właśnie jeden z nich usiłował wyrwać policjantowi broń z kabury, gdy ci próbowali uspokoić sytuację. Zamierzenie napastnika nie powiodło się,  ale gdyby się udało? I tym razem komentarze zdarzenia były różne, lewicowe stacje i portale wskazywały na przyzwolenie obecnych władz na takie awantury, które maja przysłużyć się dyskredytacji środowiska sędziowskiego. Media sprzyjające PiSowi przedstawiały zdarzenie zdawkowo, dystansując się od jego komentowania. To prawda, że środowisko sędziowskie jest obecnie na celowniku rządzących, którzy zapewne mają wobec niego swoje plany, ale jaką rolę odgrywa w tym wszystkim nasz „bohater”? Czy jest politycznym outsiderem, czy robi za przysłowiowego pożytecznego idiotę? Odpowiedź zdaje się być prosta, skłonność Słomki do sądowych awantur może być wołaniem o pomoc człowieka, który chce być zauważony, może nawet oczekuje splendoru za swoje poświęcenie. Kiedyś był nawet posłem, a teraz? No właśnie, teraz usiłuje kreować się na sumienie narodu w czapce a’la Piłsudski. Tylko że wbrew jego oczekiwaniom nigdy nie będzie postrzegany jak jego idol z którym łączyć go może jedynie wspomniana czapka. Pozostanie niedojrzałym chłopcem z mlecznym wąsikiem, któremu wydaje się że krzykiem i hałasem coś osiągnie.

Charakter.

W dniu 19.05.2017 miało dojść do rozprawy sądowej Cygana znanego (nie tylko w środowisku przestępczym) jako „Hoss”. Do rozprawy nie doszło, ponieważ Hoss oświadczył, że się źle czuje. Skutkiem tego jest odroczenie rozprawy do końca czerwca br. Gwoli przypomnienia, Hoss został pierwszy raz zatrzymany 6 lutego 2017, po 1,5 rocznych poszukiwaniach, za kierowanie procederem wymuszeń „na wnuczka”, który sam wymyślił i wprowadził w życie. Procederem tym kierował razem ze swoimi krewnymi nie tylko na terenie Polski, ale także Niemiec, Austrii, Szwajcarii i Luksemburga. Zyski które osiągał „Hoss” liczone są w milionach, a za czyny te grozi mu 10 lat więzienia. Sąd zwolnił go za kaucją (300 tys.zł) i zarządził wobec niego dozór policyjny, na który Hoss szybko przestał się stawiać i ponownie zaczął się ukrywać. Za niewspółmiernie lżejsze czyny sądy orzekają areszt, a tu zwolniony jest człowiek, który obciążony jest nie tylko dramatem swoich ofiar, ale także ich rodzin. Ofiarami były osoby w podeszłym wieku, były naiwne, ale kierowały się odruchem dobroci serca. Dla niektórych pokrzywdzonych trauma związana z tymi przeżyciami zakończyła się przyspieszonym zgonem. Gdyby szajka „Hossa” żerowała na osobach nastawionych na szybkie i łatwe wzbogacenie się, można by go traktować w bardziej pobłażliwy sposób, ale konsekwencje jego działalności są trudne do oszacowania a wielu przypadkach także trudne do udowodnienia. W połowie marca br. Hoss został ponownie zatrzymany (pomimo zmiany wyglądu, min. ogolił się na łyso) i tu wydawało się, że dalsze postępowanie wobec niego przebiegnie bez zakłóceń. Niestety zakłócenie takie się pojawiło w postaci złego samopoczucia Hossa. Zastanawiam się, czy sędzina musiała pójść na takie ustępstwo – i tu zapewne ktoś powie, że musiała tak postąpić, że naprawdę mogło mu coś dolegać, że procedury itd. A gdzie się podział rozsądek i odpowiedzialność, ale taka zwykła, ludzka? Sędzina mogła uznać, że Cygan symuluje, potwierdzić to poprzez wezwanie pogotowia i zwyczajnie poprowadzić proces. Przypomina mi się sytuacja sprzed kilku lat, gdy dyrektor jakiegoś szpitala otrzymał wiadomość o podłożeniu bomby w jego szpitalu. Czy zarządził ewakuację szpitala? Nie! Człowiek ten uznał (i słusznie) że to kolejny żart jakiegoś głupka, a ewakuacja pociągnie za sobą niepotrzebne zamieszanie, koszty, a nawet zdrowie bądź życie któregoś z pacjentów – szczególnie narażeni byli podopieczni z oddziału intensywnej terapii. Dwie sytuacje, których podłożem jest symulacja, w pierwszym przypadku cwaniaka, w drugim głupka i dwie różne reakcje osób odpowiedzialnych za reakcję na te symulacje. Oczywiście możemy sobie wyobrazić sytuację, w której dyrektor szpitala ulega „ostrzeżeniu” głupka i ewakuuje szpital oraz kiedy sędzia nie ulega symulacji cwaniaka i kontynuuje przewód sądowy. Tak, czy owak, w przedstawionych przeze mnie 2 sytuacjach mamy 4 bohaterów – dyrektor szpitala, głupek żartowniś, Cygan cwaniak i sędzina, którą można porównać do… No właśnie, do której z trzech pozostałych postaci można ją porównać?

gen. Świerczewski

Postać gen.broni Karola Świerczewskiego ps. Walter większości kojarzyć się będzie z 50-złotowym, banknotem z poprzedniego ustroju. Wiadomo, że zginął w Bieszczadach po II w.św. oraz że brał udział w hiszpańskiej wojnie domowej. Naturalnym wydaje się pytanie – co ów człowiek robił w czasie II w.św. i przed nią, skoro dosłużył się generalskich wężyków z trzema gwiazdkami. Otóż K.Świerczewski był Warszawiakiem, urodzonym w 1897r. w rodzinie robotniczej i miał 6-ro rodzeństwa. Po skończeniu 2 klas szkoły powszechnej zaczął uczyć się tokarstwa, a jako 15-latek (1912r.) był już pomocnikiem tokarza w warszawskich zakładach „Gerlach”. Uczęszczał jednocześnie do szkoły wieczorowej, w której uczył się do 1915r. W sierpniu tegoż roku (wojna światowa była już rozwinięta) został ewakuowany do carskiej Rosji, gdzie pracował jako tokarz w tamtejszym przemyśle metalowym. W 1916r. został powołany do odbycia służby w armii carskiej, a w 1917 – po rewolucji październikowej, dołączył do bolszewików. Od 1918r. brał udział w walkach p-ko oddziałom „Białych”, wtedy też wstąpił do partii komunistycznej. W listopadzie 1918r., kiedy Polska świętowała odzyskanie niepodległości, Świerczewski był już komisarzem politycznym i brał udział w tłumieniu antybolszewickiego powstania na Ukrainie. Uczestniczył też w walkach p-ko oddziałom gen.Denikina, za co został mianowany dowódcą batalionu (dotąd był d-cą kompanii). Podczas wojny polsko – bolszewickiej walczył p-ko polskim oddziałom i był dwukrotnie ranny. Fakt ten miał istotne znaczenie dla jego dalszej kariery i już w 1921r. został skierowany do wyższych szkół wojskowych, które ukończył w 1927r. W 1928r. został oficerem radzieckiego wywiadu wojskowego, a w 1929 był już szefem jednego z  zarządów Sztabu Generalnego Armii Czerwonej. Po dwóch latach funkcji tej już nie pełnił, gdyż został komendantem wojskowej szkoły politycznej. W latach 1936-38, kiedy Stalin rękami Jeżowa przeprowadzał czystki w armii, Świerczewski przebywał w Hiszpanii, biorąc udział w tamtejszej wojnie domowej p-ko gen.Franko. To tam przyjął pseudonim Walter i co ciekawe, zaprzyjaźnił się z E.Hemingwaem, który uwiecznił go w swojej książce „Komu bije dzwon” pod postacią gen.Golza. Po powrocie w 1938 do Moskwy, został odznaczony najwyższymi orderami ZSRR. W 1940 otrzymał nagrodę stalinowską, za swoją pracę „Operacja saragoska” opisującą doświadczenia z wojny w Hiszpanii. W tym też roku otrzymał nominację na gen.brygady Armii Czerwonej i został wykładowcą w Akademii Wojskowej, a następnie komendantem kursu grup specjalnych. Tą ostatnią funkcję pełnił do napaści Niemców na ZSRR (wojna ojczyźniana 22.VI.1941r.). Już sam początek wojny ojczyźnianej zweryfikował „zdolności” dowódcze gen.Świerczewskiego. Dowodzona przez niego dywizja nie osiągnęła wytyczonego celu, została natomiast doszczętnie zniszczona, z 10 tys. podległych mu żołnierzy przeżyło… 5! Jego rozkazy były nieracjonalne, gdyż wydawał je w stanie upojenia alkoholowego, to że nie został pociągnięty do odpowiedzialności przed sądem wojennym mógł zawdzięczać wyłącznie sympatii samego Stalina. Na skutek ewidentnych błędów, Świerczewski został przesunięty na tyły, do oddziałów rezerwowych, a następnie został komendantem jednej ze szkół oficerskich. W połowie sierpnia 1943r. z polecenia Stalina został skierowany do obozu w Sielcach nad Oką, jako zastępca d-cy 1 Korpusu Polskich Sił Zbrojnych w ZSRR. W marcu 1944 był już gen.dywizji Armii Polskiej i pełnił funkcję z-cy d-cy tej armii – gen.Berlinga. Relacje między tymi generałami były złe, często dochodziło do konfliktów wynikających z alkoholizmu Świerczewskiego i faktu, że nie liczył się z życiem podległych mu żołnierzy. W sierpniu i wrześniu 1944 Świerczewski był odpowiedzialny za organizację 2 i 3 Armii WP. W grudniu 1944, kiedy nasze wojska wchodzące w skład frontu ukraińskiego coraz bardziej parły na Zachód, Świerczewski został dowódcą 2 Armii WP.  Operacja Łużycka rozpoczęła się w połowie kwietnia 1945r. i odegrała istotną rolę w ostatecznym osiągnięciu celu, jakim było zdobycie Berlina i zakończenie wojny. Stroną nacierającą był 1 Front Ukraiński dowodzony przez marsz.I.Koniewa, w skład którego wchodziła min. 2 Armia WP (89 tys. żołnierzy). Jedną z części tej operacji była bitwa pod Budziszynem (Bautzen – 50 km od naszej dzisiejszej granicy) w której brały udział 2 Armia WP z 52 Armią Radziecką i częściowo z 5 Armią Gwardii. Bitwa ta, „dzięki” Świerczewskiemu okazała się ostatnią udaną ofensywą wojsk niemieckich i sromotną klęską wojsk polskich. Bilans strat w ludziach po bitwie wyniósł 27% wszystkich strat poniesionych przez Wojsko Polskie na froncie wschodnim od 1943 do 1945r.! Jeszcze przed bitwą marsz.Koniew – świadomy niekompetencji Świerczewskiego powierzył mu osłonę lewego (południowego) skrzydła frontu, przekazał mu tez dokładne wytyczne, których przestrzeganie pozwalało na skuteczne odparcie Niemców. Nie było to zadanie wygórowane, gdyż Koniew wiedział, że Świerczewski ma zostać polskim bohaterem narodowym i zasłużonym dowódcą. Jednak Świerczewski zlekceważył wszystkie rozkazy i wytyczne, już drugiego dnia operacji samowolnie podjął decyzję o osobistym zdobyciu Drezna. Świerczewski dysponował poważnymi siłami (min. 500 czołgów), ale brakowało mu dostatecznego rozpoznania. Ponadto wojska polskie składały się z żołnierzy niedawno powołanych do służby i choć ich wyposażenie było bardzo dobre, to brakowało im doświadczenia bojowego. Siły niemieckie, choć mniej liczne – ok. 50 tys. żołnierzy i 300 czołgów, składały się z resztek elitarnych jednostek SS (przeważnie pancernych, ale też spadochronowych). Początkowo inicjatywa Świerczewskiego przebiegała pomyślnie, jego wojska przełamały pierwsze linie obrony. Świerczewski lekceważył sygnały płynące od 52 armii (walczyła na styku z oddziałami polskimi) o skuteczności niemieckich kontrataków. Wojska Świerczewskiego nacierając na Drezno zostały rozpostarte na przestrzeni ok. 50 km, dzieląc się na 3 odrębne zgrupowania. Niebawem Niemcy otoczyli główne siły WP (w przeciwieństwie do Polaków mieli doskonałe rozpoznanie) i dokonały ich rozbicia. Sztab II Armii WP stracił kontrolę nad sytuacją, popełniał błąd za błędem, rozkazy często były sprzeczne ze sobą. Piechota nie miała wsparcia czołgów, gdyż Niemcy niszczyli je masowo, natomiast artyleria nie miała osłony piechoty. Od ostatecznego rozbicia naszej II Armii uratował marsz.Koniew, który przyszedł z odsieczą i osobiście objął nad nią dowództwo, uporządkował fatalne rozmieszczenie polskich oddziałów i uzupełnił siłami odwodowymi. Cała operacja łużycka trwała 2 tygodnie, tydzień później nastąpiła kapitulacja Niemiec, a 5 dni przed nią (3 maja 1945) Świerczewski został mianowany generałem broni WP. Po wojnie Świerczewski był kolejno – generalnym inspektorem osadnictwa wojskowego, dowódcą okręgu wojskowego i wiceministrem obrony narodowej. Jego działalność powojenna cechowała się realizacją wskazówek Stalina, co powodowało, że był on – jak to się dziś mówi – niepopularny nie tylko w środowiskach opozycyjnych, ale także w ówczesnych władzach państwowych i partyjnych. Zginął 28 marca 1947 roku podczas przeprowadzania inspekcji bieszczadzkich garnizonów w m.Jabłonki (rejon Cisnej). Do zdarzenia miało dojść w ten sposób, że miał on spontanicznie (pomimo odradzania mu tego) zmienić plan i udać się na kontrolę jeszcze jednego posterunku. W drodze do niego kolumna miała wpaść w zasadzkę jednego z oddziałów UPA. Okoliczności śmierci Świerczewskiego dotąd nie zostały ostatecznie rozstrzygnięte. Oficjalna komisja śledcza stwierdziła, że zginął od 2 kul, tymczasem w zachowanym mundurze generała widoczne są 3 przestrzeliny, a w jego części plecowej uszkodzenie wskazujące na przekłucie bagnetem. Dziwić też może mała liczba zabitych ofiar konwoju – generał, jego adiutant i kierowca. Istnieje teza, że zasadzka była mistyfikacją, gdyż Świerczewski nie był „na rękę” ówczesnym władzom partyjnym, a przy okazji jego śmierć mogła stać się pretekstem do przeprowadzenia akcji „Wisła”. Jak potoczyłyby się losy warszawskiego tokarza gdyby nie wybuch wojny i przemiany ustrojowe? To pytanie można by odnieść do wielu osób z tamtego okresu, ale to właśnie on widniał na tym charakterystycznym, zielonym banknocie. Co ciekawe dla nas Łodzian, ostatnim miejscem zamieszkania gen.Świerczewskiego była Łódź przy ul.Kilińskiego 82 – to charakterystyczna kamienica naprzeciwko poczty głównej przy skrzyżowaniu z ul.Tuwima.

Wyklęci

Moda na Żołnierzy Wyklętych zapanowała niedawno, jeszcze w latach 90-ych nikt się nimi nie interesował, wtedy trwała moda na żołnierzy Andersa. Dopiero w 2010r. temat został zainicjowany przez ówczesnego prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Zawsze zastanawiał mnie brak pochlebnych opinii o „wyklętych” wśród mieszkańców wsi i miasteczek znajdujących się w strefie ich działalności. Z przekazów Łodzian, posiadających rodziny na tamtych terenach (przeważnie Kielecczyzna i dalej na Wschód) wyłania się obraz strachu i niechęci wobec „leśnych”, gdyż tak wtedy określano ugrupowania zbrojne, których celem była walka z nową władzą. Okres tuż po 45 roku, był czasem wytchnienia po 6-letniej, wyniszczającej wojnie, która na naszym kraju odcisnęła szczególne piętno. Oczekiwania społeczne nie były wtedy wygórowane i zmierzały do jednego – zachowania spokoju. Nie wszystkim jednak ten spokój był dany, mieszkańcy wiosek, choć sami żyli w ubóstwie, musieli dzielić się swoim dobytkiem z leśnymi, potrzebującymi jedzenia. Kto miałby odwagę odmówić wydania inwentarza uzbrojonej grupie, która przecież udzielała ochrony przed nową władzą? Grupy zbrojne, aktywne po 45 roku, zazwyczaj przedstawiały się jako legalne oddziały Armii Krajowej (i tak zostały przez lokalne społeczności zapamiętane), mało kto wtedy wiedział, że AK została rozwiązana w połowie stycznia 45 roku, a kilka miesięcy później polski Rząd Londyński przestał być uznawany przez społeczność międzynarodową. Na naszą sytuację polityczną nie mieliśmy wpływu – granice wschodnie zostały uzgodnione już w 1943 w Teheranie, a zachodnie w 1945 w Poczdamie, na ustrój polityczny też nie mieliśmy wpływu gdyż… znajdowaliśmy się w radzieckiej strefie wpływu. Będę niepopularny, ale uważam, że działalność wyklętych nie miała sensu, no bo jaki? Ludzie się ich bali, władza tępiła, korzyści realnych brak, a na tych ewentualnych zbudowano mit. Póki co entuzjazm trwa, to nic, że nie podzielają go mieszkańcy obszarów „aktywności” wyklętych. Wystarczy, że rząd temu sprzyja i zapewnia skuteczną propagandę. No właśnie, w niedzielę 26 lutego zorganizowany został ogólnopolski bieg „wilczym tropem”, ku czci żołnierzy wyklętych. Na TVP Info wielokrotnie przedstawiano entuzjastyczną wypowiedź jednego z uczestników tego biegu, który odbywał się na terenie woj. zachodniopomorskiego – ciekawe, czy zdawał sobie sprawę z tego, że na tamtych terenach żołnierze wyklęci mówili po niemiecku? Swoje stanowisko w przedmiotowej sprawie uważam za powściągliwe, chociaż przez dogmatyków może być uznane za obrazoburcze. Za 10 lat (albo wcześniej) po modzie na wyklętych pozostanie wspomnienie, a może wtedy powinienem napisać ten tekst?

Sądownictwo

Początek lutego dostarczył nam wielu wrażeń, składających się na obraz polskiego sądownictwa. I tak 1 lutego na terenie W.Brytanii został zatrzymany poszukiwany listem gończym 69-letni Lucjan Dorobek z Grudziądza. Mężczyzna ten dopuszczał się gwałtów na nieletnich dziewczętach, które zwabiał do swojego mieszkania pod pretekstem posprzątania za pieniądze. Udowodniono mu gwałty na 4 pokrzywdzonych, za co sąd skazał go na 10 lat więzienia. Wyrokiem tegoż sądu, skazany miał się sam stawić do Zakładu Karnego, ale tego nie uczynił, dlatego sąd wystawił za nim list gończy. 2 luty, warszawski sąd przyznał 264 tys.zł. Ryszardowi Boguckiemu, tytułem zadośćuczynienia za niesłuszny areszt związany podejrzeniem go o związek z zabójstwem gen.Papały. Rzecz w tym, że Bogucki odbywał w tym czasie wyrok za zabójstwo innej osoby, za co został skazany na 25 lat. 6 lutego, w Warszawie zatrzymany zostaje poszukiwany od 1,5 roku Cygan o pseudonimie Hoss, który wymyślił metodę wymuszeń „na wnuczka”. Procederem tym kierował razem ze swoimi krewnymi nie tylko na terenie Polski, ale także Niemiec, Austrii, Szwajcarii i Luksemburga. Zyski które osiągał „Hoss” liczone są w milionach, a za czyny te grozi mu 10 lat więzienia. Sąd zwolnił go za kaucją (300 tys.zł) i zarządził wobec niego dozór policyjny. Za niewspółmiernie lżejsze czyny sądy orzekają areszt, a tu zwolniony jest człowiek, który obciążony jest nie tylko dramatem swoich ofiar, ale także ich rodzin. Ofiarami były osoby w podeszłym wieku, były naiwne, ale kierowały się odruchem dobroci serca. Dla niektórych pokrzywdzonych trauma związana z tymi przeżyciami zakończyła się przyspieszonym zgonem. Gdyby szajka „Hossa” żerowała na osobach nastawionych na szybkie i łatwe wzbogacenie się, można by go traktować w bardziej pobłażliwy sposób, ale konsekwencje jego działalności są trudne do oszacowania a wielu przypadkach także trudne do udowodnienia. 9 lutego Sąd w Ostrowie Wlkp. skazał na pobyt w poprawczaku, ale w zawieszeniu na 2,5 roku nieletniego, który rok wcześniej – mając niespełna 16 lat (i budowę osiłka) zaczepił na parkingu spokojnego 24 latka. Do zdarzenia doszło w ten sposób, że osiłek przechodząc obok 24 latka celowo go potrącił, a kiedy przyszła ofiara się do niego odwróciła, osiłek powrócił i uderzył go z całej siły w twarz. Zanim pokrzywdzony upadł, usiłował go jeszcze uderzyć jeden z dwóch kompanów sprawcy, którzy akurat doszli. Całe zdarzenie zostało utrwalone przez kamerę monitoringu. Na skutek upadku i uderzenia głową o betonowe podłoże 24 latek po kilku dniach zmarł w szpitalu. Sprawca, który swoim świadomym i agresywnym działaniem przyczynił się do jego śmierci pozostał na wolności. Decyzją sądów zbyt łatwo i zbyt często przyznawane są wygórowane odszkodowania i zadośćuczynienia, w dochodzeniu których wyspecjalizowały się liczne firmy prawnicze. Sytuacja ta może wprawić w zdumienie przysłowiowego Kowalskiego, któremu od bieżącego roku przyjdzie płacić o wiele więcej za ubezpieczenie swojego samochodu. Sądy kojarzone są przede wszystkim z opieszałością, która wynika nie tyle z ilości spraw, co z wszechobecnej w tej instytucji biurokracji. Ta biurokracja, choć niekorzystna dla społeczeństwa, jest przyjazna dla całego aparatu sądowniczego gdyż generuje dużą liczbę miejsc pracy. Sądy, to przede wszystkim personel logistyczny i zaplecze administracyjne, ale są też sędziowie – jest ich 10 tysięcy, co oznacza, że na 10 policjantów przypada 1 sędzia. W Komendach Policji na 10 pracowników 9 to policjanci, w Sądach Rejonowych na 10 pracowników 1 to sędzia, w zależności od jednostki organizacyjnej dysproporcje te mogą być jeszcze większe. 8 lutego w Dziennik.pl pojawił się artykuł o tym, że sędziowie SN nie chcą ujawnić wyciągów ze swoich służbowych kart płatniczych. To sędziowie mają takie karty? Zmiany w sądownictwie są konieczne i tu rodzi się pytanie, czy obecny rząd jest w stanie je przeprowadzić? Oczywiście, że jest! Jest władny w takim samym stopniu w jakim władne były poprzednie ekipy, które problemu nie dostrzegały. Zasadnicze pytanie brzmi jednak, czy obecny rząd jest w stanie przeprowadzić je rzetelnie? 10 lutego w Programie I PR gość „Sygnałów dnia” prezes J. Kaczyński określił polskie sądownictwo jako jeden gigantyczny skandal – co uzasadnił przekonującymi przykładami. Niestety, wśród tych przykładów jeden mógł wzbudzać zaniepokojenie, otóż potępił karę dla człowieka, który wyraził swoje niezadowolenie z wyroku sądu rzucając sędzi w twarz tortem. Pobłażliwość wobec takich chuligańskich zachowań prowadzi do podważenia autorytetu sędziów, a tą drogą nie da się zreformować sądów.

Protestantyzm

W tym roku minie 500 lat od zapoczątkowania rozłamu w Kościele. Jego inicjatorem był augustiański mnich (choć posiadający tytuł profesora) Marcin Luter, który jako pierwszy przeciwstawił się usankcjonowanej przez papieży sprzedaży odpustów. Idea zakładająca odpuszczenie kary za popełnione grzechy nie polegała na pokucie, czy zadośćuczynieniu, ale na opłacie pieniężnej, której wysokość była uzależniona od ciężaru przewinień. Był to system ewidentnie faworyzujący osoby bogate, grzesznym biedakom pozostawał czyściec bądź piekło. Ubogi grzesznik miał wtedy małe szanse na dostąpienie Raju – chyba, że był osoba duchowną, bądź wszedł w „jakiś” sposób w posiadanie pieniędzy, które pozwalały mu się później wykupić. Oczywiście wykupujący odpust musiał wyrazić żal za popełnione grzechy. Z dzisiejszej perspektywy absurdalność tej sytuacji wydaje się oczywista, nie tylko dla zwykłych śmiertelników, ale i dla samych duchownych. W tamtych czasach horyzonty myślowe były nieco inne, kwestionowanie decyzji kościelnych było równoznaczne z przeciwstawianiem się samemu Bogu. Wszyscy się z tym godzili i chociaż zdarzały się osoby o odmiennych poglądach, to ujawnianie ich groziło skazaniem na okrutną śmierć. Jedyną wykształconą warstwą społeczna był wówczas kler, arystokracja na szerszą skalę dopiero później zaczęła przykładać wagę do edukacji. Kler miał monopol na pisanie ksiąg i przekazywanie jedynie słusznych wartości, co uwiarygadniało bożą wolę w pobieraniu pieniędzy za odpusty. Oczywiście byli światli ludzie, potrafiący obiektywnie ocenić to zjawisko, ale nazwanie rzeczy po imieniu było zbyt ryzykowne, już 100 lat wcześniej został spalony na stosie Jan Hus, czeski teolog i bohater narodowy. To Marcin Luter w X.1517r. przybił na drzwiach kościoła w Wittenberdze 95 tez (twierdzeń), oczekując publicznej debaty na ich temat. Taki był początek „burzy”, którą później nazwano reformacją. Czy Luter się tego spodziewał? Skala reakcji zapewne przerosła jego wyobrażenia, ale jedno wydaje się być pewne – jego intencje były szczere i zmierzały do naprawy upadłego moralnie Kościoła. W tym czasie inny Niemiec, Gutenberg, wynalazł druk, co spowodowało, że mała manufaktura była w stanie w krótkim czasie wyprodukować więcej ksiąg, niż całe zastępy skrybów przepisujących ręcznie. Protest Lutra docierał do coraz szerszych kręgów potrafiących czytać, którzy coraz liczniej przekonywali się do jego racji. Niemieckie rolnictwo też przeżywało wówczas kryzys (niskie ceny płodów), dlatego chłopi i uboższa szlachta zaczęli występować przeciwko zamożnemu klerowi i bogatszym ziemianom, którym musieli odprowadzać podatki. Książęta i elektorzy zaczęli przyjmować argumenty Lutra i umożliwiali powoływanie na swoich obszarach rad, złożonych z teologów i lokalnych radnych, których zadaniem była dbałość o jednolitość liturgii oraz nadzór nad działalnością kleru. Tak Luteranizm (protestantyzm) stawał się religią narodową Niemiec. 4 dziesięciolecia (licząc od 1517r.) wystarczyły na podzielenie Europy na 2 obozy – protestancki i kokatolicki. Ponieważ Kościół nie chciał tracić swoich wpływów na rzecz środowisk reformatorskich, coraz częściej zaczęło dochodzić do wojen na tle religijnym. Kościół wspierany był przez inkwizycję, która stała się podporą kontrreformacji. Kontrreformacja była wyraźna także na ziemiach polskich, a to za sprawą Jezuitów, którzy mieli tu szczególne wpływy. W Polsce proces ten zaczął się nieco później i trwał dość długo, pociągając za sobą nietolerancję i prześladowania wielu wartościowych obywateli innych wyznań, co było jedną z przyczyn upadku Rzeczypospolitej. Istnieje teoria, mówiąca, że wyznania wyrosłe z protestantyzmu (powszechne w Europie Zachodniej) były poważnym przyczynkiem do dynamicznego rozwoju tamtych obszarów. Ta sama teoria mówi, że katolicyzm, to marazm i brak postępu, a jeszcze bardziej na Wschód (prawosławie) jest już tylko zacofanie. Jak by na to nie patrzeć, echo tamtych wydarzeń jest nadal odczuwalne i czy nie jest paradoksem, że to społeczeństwa zachodnie, które przyjęły bardziej racjonalną wersję chrześcijaństwa dziś od niej odeszły, a tam, gdzie ugruntowały się wyznania bardziej anachroniczne, utrzymują się nadal?

Podsumowanie

O minionym 2016r. można z czystym sumieniem powiedzieć, że był interesujący. Do najciekawszych wydarzeń międzynarodowych zaliczyć można przede wszystkim Brexit, tzn. wystąpienie Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej oraz wybór budzącego kontrowersje kandydata Republikanów na Prezydenta USA. To o D.Trumpie i Theresie May (premier Wielkiej Brytanii) będziemy słuchać informacji w 2017r. To od ich decyzji w dużej mierze zależała będzie sytuacja w świecie (Trump) i Europie (May). 2017r. to także wybory prezydenckie we Francji, możliwe że wygra je kandydatka prawicy Marine Le Pen – po Brexicie i Trumpie jest to możliwe. Wszystko wskazuje na to, że okres ostatnich 2-3 liberalnych dekad odchodzi w zapomnienie, a nadchodzi nowe, bardziej radykalne. Coraz więcej ludzi wyraża poglądy prawicowe, które jeszcze 10-15 lat temu uchodziły za „obciach”. Naturalnie nie brakuje osób o poglądach (jak sami mówią) liberalnych, gdyż mało kto określa już swoje poglądy jako lewicowe. Następuje coraz wyraźniejszy dualizm, partie umiarkowane stają się anachronizmem. 2016r. w kraju upłynął w atmosferze nieustających utarczek miedzy PiS a PO z Nowoczesną, czego kulminacją jest obecna „okupacja” sali plenarnej Sejmu. Rozwiązanie tego impasu nie jest proste, ale może na początek opozycja umożliwiłaby prowadzenie obrad we właściwej sali, bo ich aktualne zachowanie nie jest poważne. Gwoli ścisłości (i zachowania obiektywizmu) dodać należy, że do przedmiotowej sytuacji nie musiało dojść. Marszałek M.Kuchciński (PiS) nie musiał wykluczać z udziału w obradach posła M.Szczerby (PO) za to, że ten podczas przemówienia wyeksponował kartkę z napisem „wolne media”. Sejm wielokrotnie i to podczas wszystkich kadencji był świadkiem nie takich „wykroczeń” i obchodziło się bez wymierzania kar. Czy uchwalenie budżetu na 2017r. w Sali Kolumnowej Sejmu jest ważne? Dla obiektywnego obserwatora to bez znaczenia, gdyż ewentualna powtórka głosowania dałaby ten sam wynik. Przechodząc na grunt lokalny, to latem dało się zauważyć wydarzenie o wymiarze państwowym a nawet międzynarodowym. Światowe Dni Młodzieży spowodowały przyjazd do Polski setek tysięcy obcokrajowców ze wszystkich kontynentów. Także Łódź pozostała w bardzo życzliwej pamięci pielgrzymów, którzy spotkali się tu z serdecznym przyjęciem mieszkańców miasta. W połowie grudnia, wreszcie został oddany do użytku Dworzec Łódź Fabryczna. Pomimo 2 letniego opóźnienia i 60 mln zł. dodatkowych kosztów, efekt jest co najmniej zadowalający. Natomiast 2017r. to także wielka szansa dla Łodzi na polu handlu z Chinami, czemu sprzyja wyjątkowe usytuowanie naszego miasta.        Na Boże Narodzenie w rejonie Morza Czarnego doszło do katastrofy lotniczej w której śmierć ponieśli artyści z Chóru Aleksandrowa, którzy kilkakrotnie gościli także w Łodzi. Pomimo świątecznego okresu wielu internautów komentowało to wydarzenie z wyraźnym zadowoleniem „no bo to przecież Ruscy”, bo „siali propagandę”. Na szczęście dominowało współczucie a czasem wspomnienia śpiewanych przez nich „Sokołów”, czy „Czerwonych maków pod Monte Cassino”. Mało kto zna stwierdzenie „Ta muzyka, piosenki i tańce otworzyły przed nami rosyjską duszę i szlachetny charakter narodu rosyjskiego”, wypowiedział je Jan Paweł II po koncercie Chóru Aleksandrowa w Watykanie.  2017 rok pod jednym względem nie będzie różnił się od poprzednich – mądrość nadal zmagać się będzie z głupotą, wrażliwość z bezdusznością…

Chiny… Łódź

Od I wojny św. USA, są hegemonem na arenie międzynarodowej, a od II w.św. pełnią także rolę „światowego żandarma”. Chyba nic, co ważne w świecie polityki i gospodarki nie odbywa się bez wiedzy (a bywa, że i ingerencji) tego państwa. Ta supremacja na naszych oczach pomału odchodzi w przeszłość. Ich zaangażowanie militarne na Bliskim Wschodzie i Afganistanie oraz skutki kryzysu finansowego zapoczątkowanego w 2008r. bardzo poważnie osłabiły dotychczasowy potencjał. W tym samym czasie inne wielkie państwo zaczęło przeżywać boom gospodarczy, urastając do prawdziwej potęgi już nie tylko na swoim kontynencie, ale i w skali całego świata. Chiny! To o tym państwie będziemy coraz częściej słyszeć. To Chiny zmieniają dotychczasowy układ sił na świecie, urastając do miana nowego hegemona. Czas pokaże, co w związku z tym będzie się działo dalej, ja natomiast wracam na nasze polskie, a dokładniej łódzkie podwórko. Otóż 24.11.2016r. w Łodzi odbyła się międzynarodowa konferencja (w której miałem zaszczyt wziąć udział) zatytułowana „na skrzyżowaniu szlaków – Silk Road i Amber Road”. Organizatorem konferencji był Urząd Miasta Łodzi, reprezentowany przez będącego jednocześnie prelegentem, w-ce prezydenta Ireneusza Jabłońskiego. Współorganizatorami byli Politechnika Łódzka i Port Lotniczy Łódź, a nad całością patronowali Ambasador Luksemburga i Ministerstwo Rozwoju. Sama nazwa konferencji (na skrzyżowaniu szlaków jedwabnego i bursztynowego) sugeruje program gospodarczy, wykorzystujący wyjątkowe położenie Łodzi na odcinku Chiny – Europa Zachodnia. Łódź, to skrzyżowanie dwóch autostrad A-1 i A-2, co przy rozbudowie lokalnej infrastruktury logistycznej uczyniłoby z naszego miasta centrum logistyczne, obsługujące Europę Wschodnią. Oprócz transportu drogowego w grę wchodzą także transporty kolejowy (połączenie Łódź – Chengdu) i lotniczy, co jest wielką szansą dla naszego zadłużonego lotniska. W konferencji udział wzięli przede wszystkim eksperci ze świata biznesu i nauki oraz przedstawiciele strony chińskiej. Jakie są założenia? Przede wszystkim rozbudowa taboru kolejowego na Olechowie i usprawnienie infrastruktury autostradowej wokół Łodzi. Ponad to na Lotnisku im.Reymonta stworzony zostanie terminal cargo (baza magazynowa oraz załadunek i wyładunek towarów przewożonych drogą lotniczą). Oprócz Chin, przedsięwzięciem żywo zainteresowany jest także Luksemburg, gdzie znajduje się centrum logistyczne transportu na Europę Zachodnią. Ponieważ w przedsięwzięcie zaangażowany jest osobiście wiceprezydent Łodzi Pan Ireneusz Jabłoński, a aktualne relacje polsko – chińskie są bardzo dobre, realizacja planu ma realne szanse powodzenia i to w najbliższym czasie.

CETA

Wczoraj udałem się na łódzką giełdę samochodową. Kto mieszka w Łodzi wie, że odbywa się ona w każdą niedzielę i że można na niej kupić prawie wszystko, nawet samochód. Na giełdzie panuje gwar rozmów, śmiechów, pokrzykiwań, a wokół roznosi się pobudzający kubki smakowe zapach grilowanego mięsa i jego przetworów. Po zjedzeniu „męskiej” porcji gulaszu (15,80 z bułką), już syty przeszedłem się między stoiskami. Czego tu nie ma! Od lekkiego papieru toaletowego do ciężkich pieców do kotłowni, królują jednak smartfony i akcesoria do nich oraz, co chyba typowe dla tej pory roku – puchate kurtki. Jest sporo papierosów i chociaż ceny nie są eksponowane, można się domyślić, że są bardziej przyjazne dla palaczy. Ludzie z tłumu kłębiącego się między sprzedawcami (jak i sami handlujący) są do siebie dziwnie podobni. Nie jest możliwe, aby wszyscy byli z sobą spokrewnieni, ale są podobnie, tj. ubogo ubrani, podobnie się zachowują, zapewne nie mają zbyt wysokich wymagań od życia, ale w drobnych sprawach potrafią się targować. Na tej giełdzie niczego się nie sprzeda powyżej wartości, bo ludzie mają rozum i niczego nie przepłacą. Prawo popytu i podaży, jest tu naturalnym czynnikiem regulującym handel, nie ma tu żadnych dotacji, akcyz, podatków czy pokrętnych umów. Handel zupełnie inaczej wygląda w skali makro, tzn. z perspektywy rządów państw, tu pojęcie popytu i podaży nie jest najważniejsze, a zysk dla państwa przegrywa z politycznymi zobowiązaniami bądź uprzedzeniami. Nasze aktualne rządy (PO czy PiS, co za różnica?) utrzymują embargo na handel z Rosją, na czym traci polski rolnik, a w konsekwencji nasze państwo. CETA – w ostatnich dniach prawie o niczym innym się nie mówi – jest umową o wolnym handlu między Kanadą a państwami UE (W przypadku TTIP między USA a UE). Sęk w tym, że ten „wolny” handel obarczony jest liczącą 1600 stron umową, treści której nikt nie zna. Nawet ci którzy ją przeczytali, nie potrafią jej jednoznacznie określić i wskazują na liczne nieścisłości i rozbieżności. W prawdziwie wolnym handlu umowy powinny być – jak to się ostatnio mówi – transparentne, czyli jasne i sformułowane możliwie krótko, aby wykluczyć tzw. kruczki, które mogłyby nas obligować do zakupu niechcianych towarów, bądź wymuszać niekorzystne ceny. Wreszcie – co bardzo ważne, Polska jest krajem, który w branży rolno – spożywczej dysponuje poważnym potencjałem eksportowym, import owszem, jest nam potrzebny, ale w zakresie produktów egzotycznych, np. cytrusów, do których  sprowadzania nie musimy niczego podpisywać. To takie moje przemyślenia podczas spaceru po targowisku, gdzie handel odbywa się zwyczajnie, bez zbędnych regulacji państwowych. A może to lepsze miejsce do refleksji niż np. wypasione biuro jakiegoś lobbysty?

„Smoleńsk”

Od premiery filmu „Smoleńsk”, a nawet przed nią, spotkałem się z wieloma opiniami na jego temat – przeważały te nieprzychylne. Niektórzy z moich znajomych postanowili nawet go nie oglądać, wychodząc z założenia, że to PiSowska propaganda, ukazująca w krzywym zwierciadle wydarzenia z 10.04.2010 i tuż po tym. Ja wczoraj byłem na „Smoleńsku” (Cinema City Łódź) i jestem zadowolony, choć byłbym nieszczery rekomendując ten do bólu tendencyjny film. Otóż sugeruje on, a może nawet stara udowodnić, że tezy Macierewicza o zamachu są wiarygodne. Fakty są przedstawione wybiórczo, nawet śmierć gen.Petelickiego przedstawiono, jakby miała miejsce tuż po katastrofie, tymczasem doszło do niej prawie 2,5 roku później. Kwestia warunków atmosferycznych uniemożliwiających lądowanie została zmarginalizowana, wypowiedzi Rosjan były tłumaczone (napisy), ale nie ostrzeżenie o braku warunków do lądowania. Dobrze, że sam fakt ostrzeżenia nie został w ogóle (jak wiele innych) pominięty. Pokazano jak kapitan samolotu przekazuje informację dla prezydenta o braku warunków do lądowania, ale co było dalej? Zapis czarnej skrzynki z kokpitu utrwalił atmosferę sprzed tragedii, wynika z niej, że w kabinie pilotów było tłoczno i głośno (w filmie do końca panował spokój). Pominięto wynikające z zapisu wypowiedzi „faktem jest, że musimy to robić do skutku” i „zmieścisz się śmiało”. Są to bardzo ważne słowa, które najprawdopodobniej wypowiedział gen.Błasik (no bo kto?), który był naczelnym dowódcą lotników. To właśnie Błasik wydaje się być czarną postacią tej tragedii, bo przy założeniu że nie wywierał presji na załodze, to powinien zrobić wszystko, aby do lądowania nie dopuścić. Czy Błasik był bezpośrednim inicjatorem lądowania, czy wykonawcą polecenia „pierwszego pasażera”, Bóg raczy wiedzieć, ale to L.Kaczyńskiemu zależało na wylądowaniu na lotnisku Siewiernyj (autobusem ok. 15 minut do Katynia). Załoga Tupolewa była młoda i niedoświadczona, stąd brak odporności na presję przełożonych, stary pilot – czyli taki, który swoje ma już wylatane i w każdej chwili może położyć raport o odejście na emeryturę – podjąłby jedyną racjonalna decyzję i poleciałby na inne lotnisko. Oczywiście narażając się gen.Błasikowi i prezydentowi Kaczyńskiemu musiałby odejść ze służby i to bez zwyczajowych „odchodnych” podwyżek, ale miałby poczucie dobrze wykonanego zadania i świadomość ocalenia wielu osób – w tym siebie. Nadinterpretacją jest scena wybuchu przed zderzeniem z ziemią, czarna skrzynka – ta od rejestracji pracy urządzeń pokładowych, do końca niczego takiego nie utrwaliła. Z wszystkich ofiar tej katastrofy najbliżej mi do załogi, personelu i BORowców, ponieważ musieli lecieć. Prezydent i jego liczna świta, także ta umundurowana, to polityczna awangarda PiSu, której przyświecały cele wizerunkowe, związane ze zbliżającymi się wyborami prezydenckimi a pamiętać trzeba, że L.Kaczyński miał wyjątkowo słabe poparcie społeczne. Była też trzecia, najbardziej pechowa grupa osób, to ci, którzy skorzystali z darmowej wycieczki i nie przewidzieli, że może być aż tak nieudana. Moje zadowolenie z obejrzenia filmu nie wynika z jego Happy Endu -bo jak odczytać scenę radości ofiar katastrofy z powitania pomordowanych oficerów Katynia, ale z tego, że porusza ważny i kontrowersyjny temat, choć niestety go nie przybliża. Atutem filmu jest muzyka Michała Lorenca, podbudowująca klimat nawet w średnich scenach. Ciekawym może być to, iż w sali kinowej oprócz mnie siedziały 2 osoby w podeszłym wieku, ale był to pierwszy z 10 (!) seansów tego filmu dziennie. Od bileterki dowiedziałem się, że na pozostałych seansach frekwencja jest niewiele większa. Niestety jest to film skierowany do określonego politycznie odbiorcy, ale żeby nie pozostawać w minorowym nastroju – zbliża się premiera „Wołynia”.